Muzyka w Muzeum

relacja Vlepkarza Ziutka z listy dyskusyjnej Muzykant:

Witam wszystkich!

Niuchnij Moje Socksy I doczekaliśmy się! Po wakacjach wystartowała kolejna edycja "Muzyki w Muzeum" i podobnie jak poprzednio niezmordowany p. Jaskułka zapowiedział pierwszy zespół, a właściwie projekt muzyczny o wiele mówiącej nazwie "Niuchnij Moje Socksy" :) Jest to kolejny frikofnejcza stworzony przez ekipę Kaptoszków & Cierlika, grający, jak sami stwierdzili, tzw. brutaletno i do końca nie wiadomo było, że wystąpią.
Zaczął Cier krótkim intrem na fujarce, doszły rzewne skrzypeczki i po chwili rozbrzmiewał klimacik alternatywnie-dyskotekowo-hardcore'owy, czyli mówiąc inaczej NMSi zapodali najpierw Karpaty, potem Mazowsze aż wreszcie coś, czego jeszcze w Muzeum nie było - imrpwizowany utwór na trzy drumle! I cały czas bez prądu. Na koniec krótkiego występu Cierlik i Krzaku grali transy na dwie liry.

Potem było już planowo - na scenie zameldowała się wielkopolska formacja White Garden, akustycy podłączyli elektrykę i światła (te drugie były całkowicie wporządeczku, natomiast tzw. sound został troszeczkę przesterowany i zdecydowanie lepiej było przebywać w dalszych rzędach...
Zespół zaczął niespecjalnie szybko typowym irlandzkobrzmiącym instrumentalem (z czasem okazało się, że wszystkie utwory grali bez śpiewu), który to jednak przestał być typowy w momencie dojścia do głosu trzech cytr (!!!) podłączonych do multiefektu, całość w najmniej oczekiwanym momencie przeszła w typowy, preriowy blues z harmonijką ustną na pierwszym planie, by jednak szybko powrócić do klimatów okołoceltyckich.
Następny utwór był jeszcze bardziej melodyjny, taki folkowy Stratovarius ale z bardzo ciekawym instrumentam w akcji. Otóż wyglądał on jak połączenie fortepianu, dud i akordeonu - brzmiał jednak zupełnie jak klarnet (w przerwie dowiedziałem się od p. Jaskułki, że jest to niskonakładowy produkt firmy Honer z sąsiednich Niemiec i stanowi w tej chwili rarytas, jednocześnie wymaga od muzyka wyjątkowej cierpliwości, nazwy jednak nikt nie znał, nazwaliśmy to coś "dmuchordeon" :)))) ).
Tymczasem zespół przeszedł do tytułowej "Cucuby" z flecikiem i gitarą jako siłą motoryczną kawałka ale domieszkowaną akordeonem i wreszcie cytrami! W pewnym momencie brzmienie otarło się o folkmetal...

A lider zespołu zapowiedział przypomnienie bardzo starych klimatów: balladowo-szybkiego "Tańca" i bardzo wielkopolskiego i intensywnie plumkającego "Nad potokiem", cytra brzmiała zupełnie jak cymbały (grackie albo rosyjskie, ciężko się było zdecydować które). Nadszedł "Gość z Raju", bardzo płynąco i melodyjnie, a wirtuozeria cytrzysty dała o sobie znać, nieczęsto widzi się muzyka grającego na tym instrumencie dwoma smyczkami. White Garden udowodnil chwilkę później, że już w średnich wiekach znano bluesa :) oraz wspomnieli coś o "Ryucerzu", bardzo balladowo (do czasu) plumkającego. Aby trochę przyspieszyć zapodali "Polkę ze Szczuczyna" (nie wiadomo dokładnie z którego, wszystkie trzy Szczuczyny w Polsce ponoć przyznają się do tego kawałka), potem folkminimal czyli "Utwór Szkocki" (tak trochę Meltradowo), powrót so wieków średnich i na koniec - równie celtyckobrzmiące "Pożegnanie".

White Garden nie zachwycił, dużo lepiej byłoby, gdyby grał sam cytrzysta - ten wyprawiał cuda na swoich instrumentach, natomiast pozostała część zespołu dość typowo plumkała i w sumie chyba wolę Jorgów i Openfolka. Natomiast, co powtórzę raz jeszcze - cytry absolutnie bez zarzutu!!!

Po przerwie do akcji wkroczyła gwiazda wieczoru, Stara Lipa - zaczęli ostrym rootsem a Cier momentalnie odpalił lirę i przez czas jakiś ze sceny płynął czysty, transowy folkmetal, okraszony na koniec motywem z Metallicy. Następnie troszkę stonowali i plumkająca małą cytra Ciera rozpoczęłą utwór w którym płynnie mieszał się folkmetal, Mazowsze i wieki średnie do momentu w którym Agnieszka rozpoczęła śląskie "Gdybym ci ja miała skrzydłeczka jak gąska...", wspaniale zaśpiewane najpierw wolno i rzewnie a potem szybko, całość przeszła w rzecz o zasiewaniu bylinki na pustym ogrodzie - także początkowo wolne a potem dynamiczniejsze...
"Taniec Misia" brzmiał jakoś smutno, mimo, że w trakcie kawałka ruszyli skoczniej ale klimat ożywił się, kiedy Cierlik podłączył lirę do multiefektu uzyskując niezłą głębię dźwięku (J.S. Bach / stara Metallica). Po tych solowych popisach zespół przeniósł się muzycznie na bliski wschód (sic!) i za chwilę powrócił do Europy w "Pieśni Robaczka Świętojańskiego" (Kuba w tle zapodawał motyw cypresshillobrzmiący z "Kilera" i to, szczerze mówiąc , bardzo dobrze komponowało się z "Robaczkiem").
Klimaty znów stały się wolne i nastrojowe, a to za sprawą "Zielonego Gaika" ( z dutarowym plumkankiem), staroszwedzkiego "O fater wise" zaśpiewanego oryginalnie i płynąco-gitarowego "Kalino, Malino..." utrzymanego w klimatach progressive folk. Na koniec części oficjalnej Lipa zapodała skoczny "Epilog" a po intensywnych brawach nastąpiła spontana w postaci folkowej wersji motywu z filmu "Blues Brothers", która przeszłą w trans-folkmetal.

Wracając jeszcze do tej edycji - było całkiem sympatycznie a najlepiej brzmieli NMS ze względu na to, że grali całkowicie bez prądu. Akustycy nagłaśniający tym razem nie popisali się i dlatego Stara Lipa i White Garden nie wypadli jakoś specjalnie rewelacyjnie, ale nie było źle. Zwłaszcza, że Stara Lipa cały czas rozwija swoją muzykę i płyta będzie na dniach!

Pozdrawiam wszystkich
Ziutek

/więcej relacji Ziutka na stronie www.ziutek.independent.pl/

powrót na główną stronę Muzyki w Muzeum